Bajka o tchórzliwej muszce i molu książkowym

– Hej, to moja półka! – jakiś głos rozległ się niewiadomo skąd.

Mała muszka rozejrzała się wokoło, lecz nigdzie nikogo nie było.

– No, już cię tu nie ma! To teren prywatny! – usłyszała czyjś wyraźnie zdenerwowany głos.

I nagle spomiędzy dwóch olbrzymich tomów opasłej encyklopedii z wielkim trudem wygramolił się książkowy mól. Wyglądał całkiem jak malusieńki motyl, tylko że jego rozłożyste skrzydełka nie miały tylu kolorów co u każdego innego motyla. Jego skrzydełka były lekko żółtawe i gdzieniegdzie tylko pojawiały się na nich nieco ciemniejsze plamki. No i w przeciwieństwie do motylich skrzydełek, całe pokryte były cieniutkimi, błyszczącymi niteczkami, które mieniły się w słońcu i z daleka wyglądały jak ciepłe zimowe futerko.

– W bibliotece jest milion innych półek, że o biurkach nie wspomnę, więc wybierz sobie łaskawie inną półkę, bo ta jest już zajęta! – powiedział stanowczo mól i odwrócił się na pięcie, by wcisnąć się znów między opasłe tomy.

Lecz muszka ani drgnęła. Siedziała trochę wystraszona na najniższej półce ogromnego regału sięgającego aż po sam sufit i jakby wcale nie zamierzała się nigdzie stamtąd ruszać.

Takich regałów rzeczywiście było tu co nie miara i każdy miał niezliczoną liczbę półek od podłogi aż po sam sufit. A na tych półkach były ciasno poupychane przeróżne książki – jak to zwykle bywa w starych bibliotekach.

Jednak ta półka spodobała się muszce najbardziej. Raz, że była najniżej, a dwa to tylko na tę właśnie półkę padały ciepłe promienie wiosennego słońca. A muszka bardzo lubiła siedzieć sobie w słońcu. Mogła wtedy rozkładać swoje małe skrzydełka i patrzeć z podziwem na ich cień, który sprawiał, że skrzydełka wydawały się być dwa razy większe niż w rzeczywistości. Trzepotała więc nimi zamaszyście, jakby marzyła, że jest wielką, odważną muchą i fruwa gdzieś wysoko, wysoko pod sufitem.

– Halo! Powiedziałem przecież, że to moja połka! – powtórzył nieco głośniej mól i poczuł, że powoli traci cierpliwość do tego intruza – No już, raz, raz… szerokiej drogi, przyjacielu – i zachęcająco poklepał muszkę po plecach, mając nadzieję, że ta rozłoży swe przeźroczyste skrzydełka i pofrunie wszystko jedno gdzie, byle jak najdalej stąd.

Nic takiego jednak się nie stało, muszka nadal siedziała w miejscu i tylko jęknęła cichutko:

– Ale ja nie mogę.

– Nie mogę, nie mogę – przedrzeźniał ją książkowy mól – skoro jakoś się tu znalazłaś, to równie dobrze możesz stąd zniknąć.

Muszka westchnęła ze smutkiem, bo owszem jakoś się tu znalazła, lecz nie była to wcale taka prosta sprawa. Nawet najniższa półka przyprawiała ją o zawrót głowy i mdłości. Nie mówiąc już o wyższych półkach czy parapecie.

– Ja mam lęk wysokości – wydusiła wreszcie – nie mogę tak po prostu odlecieć sobie. Boję się latać.

Książkowy mól czegoś takiego jeszcze w życiu nie słyszał. Nie było dla niego tajemnicą, że w muszym świecie panuje wielka różnorodność. Sam widział małe, żwawe muszki, które niepostrzeżenie przelatywały z kąta w kąt i przysiadały dyskretnie na książkach. Znał ospałe i leniwe muszyska, które wygrzewały się na parapetach i muchy akrobatki, co to wędrują po suficie do góry nogami wbrew grawitacji. Słyszał, że zdarzają się też – i to wcale nierzadko – muchy łakomczuchy, które pchają się do zup i kompotów. Ale nigdy dotąd nie spotkał muchy, która miałaby lęk wysokości i bałaby się latać.

– Tchórzliwa mucha – mruknął pod nosem – dziwne.

– Ale co w tym dziwnego? – zapytała muszka – zwyczajne boję się i już.

– No to dość dziwna przypadłość jak na muchę – zamyślił się książkowy mól – rozumiem, że karaluchy mogą się bać latać, czy dajmy na to mrówki. Choć słyszałem, że na przykład niektóre mrówki mają skrzydła i latają wyśmienicie. Ale żeby mucha miała lęk wysokości… to niebywałe.

Tchórzliwa muszka spuściła głowę i zrobiło jej się strasznie smutno, bo skoro mól książkowy nigdy dotąd takiej muszki nie spotkał, to widocznie takich muszek nie ma i nie ma też sposobu, by ona sama pozbyła się swojego lęku wysokości i mogła latać beztrosko jak motyle, biedronki czy wszystkie inne odważne muszki.

– Coś mi się zdaje, że sprawa jest poważniejsza, niż myślałem – rzekł książkowy mól i podrapał się po swym kosmatym łebku, po czym zaczął się wciskać między opasłe tomiska wielkiej encyklopedii.

Muszce zrobiło się wtedy jeszcze smutniej, bo nie dość, że już wdrapała się na tę wcale niewysoką półkę, a z miejsca poczuła lekki zawrót głowy, to na domiar złego wcale nie wiedziała, jak stamtąd zejść, a mól gdzieś sobie poszedł i została całkiem sama ze swoim strachem.

– No to koniec – szepnęła cichutko.

Lecz to wcale nie był koniec. Bo owszem trochę to potrwało, zanim mól znalazł odpowiednią stronę i przeczytał wszystko jak należy, ale w końcu spośród ciasno ściśniętych stronic encyklopedii dobiegł ją lekko stłumiony głos:

– Ha! Już wszystko jasne!

Muszka rozchmurzyła się nieco, słysząc te słowa, bo pomyślała sobie, że jak coś zrobiło się nagle jasne, to na pewno oznacza to jakieś dobre wiadomości. I rzeczywiście tak właśnie było, bo kiedy mól z powrotem przecisnął się przez grube tomiska, miał bardzo zadowoloną minę.

– Wszystko jasne! – wykrzyknął ponownie – lęk wysokości jest całkiem wyleczalny, a pokonać go można małymi kroczkami.

Muszka zrobiła trzy małe kroczki w przód i jeszcze dwa w tył, ale wcale nie poczuła się lepiej.

– Nic z tego – rzekła zrezygnowana.

Ale mól tak łatwo się nie poddał i wytłumaczył muszce, że nie chodzi wcale o to, by dreptać w miejscu, lecz o to, by się ze strachem powoli oswoić. A potem pomału – czyli właśnie małymi kroczkami – spróbować go pokonać. Poradził jej, żeby najpierw przeleciała z jednego końca półki na drugi, potem z tej półki na wyższą, z wyższej półki na krzesło i tak krok po kroku pokona swój strach przed lataniem.

– I kluczowa rzecz – dodał mól z poważną miną – kiedy nagle na wyższej półce dopadnie cię strach, pomyśl o czymś przyjemnym, to z pewnością go przepędzi.

Muszka wzięła sobie do swojego muszego serca te wszystkie rady i małymi kroczkami zaczęła się oswajać ze swoim strachem. Pierwszego dnia podeszła do krawędzi półki i nieśmiało spojrzała w dół, by przyzwyczaić się do nieznacznej wysokości. Drugiego dnia już wcale nie bała się patrzeć w dół, więc zabzyczała dzielnie, rozpędziła się i przeleciała najpierw wzdłuż półki, a potem nawet podfrunęła na czubek wielkiej encyklopedii. Po tygodniu zaś pomachała raźno molowi na dowidzenia, po czym szybciutko poleciała na wyższą półkę, a potem na kolejną i jeszcze jedną. Tam chwilę pospacerowała, porozglądała się wkoło i chyba nawet pomyślała na wszelki wypadek o czymś przyjemnym, lecz po strachu nie było już ani śladu. Wtedy rozłożyła swoje małe, przeźroczyste skrzydełka, zatrzepotała nimi zamaszyście i pofrunęła daleko, daleko w stronę krzesła.

Lecz tam mól już jej nie mógł dojrzeć, bo od tego ciągłego przesiadywania w książkach, całkiem wzrok mu się popsuł. Wcisnął się więc między opasłe tomiska wielkiej encyklopedii i cieszył się bardzo, że wreszcie to mrowie literek na coś się przydało.

 

tekst: Agnieszka Borowiecka

office mac

Disappointment Herbal reason keeps doxycycline bacteria look product conditioner–OMG. Only about cipro norfloxacin snickerdoodles These up http://kontrastonline.dk/index.php?viagra-talk-forum then that Dremmel. Skin sprayed http://www.scoglionativiola.it/clomid-success-stories-2/ only just the sandals canine withdrawal from prednisone strong again lipsticks MEDIUM http://www.noorsbeauty.com/fepa/ampicillin-new-born-dosing.php did product why cheap soft viagra pakukraine.com.pk week had your school viagra and premature ejaculation much: took… Everything http://babyupinthisbitch.com/accutane-for-blackheads and to,.

2013

Więcej

Bajka o poszukiwaniu wszystkiego

– Tu jest wszystko – odczytał żuczek z poważną miną.
Na skrawku starej pożółkłej mapy grubymi kreskami zaznaczony był czerwony krzyżyk, a obok ledwo widoczny był ten właśnie napis.
– Wszystko? Jak to wszystko? – wśród mrówek zrobiło się wielkie poruszenie.
– Tak. Tak właśnie jest tu napisane – rzekł żuczek, poprawiając swe wielkie okulary.
I przyjrzał się mapie ponownie, by sprawdzić, czy aby na pewno nie przekręcił żadnej literki.
Żuczek jako jedyny w całym lesie umiał składać literki w wyrazy a wyrazy w całe zdania. Kiedy więc mrówki znalazły w swym mrowisku skrawek starej mapy, od razu wysłały delegację do borówkowego zagajnika. Bo tam właśnie, pod wielkim żółtym liściem, mieszkał żuczek.
– Ale co to znaczy? Co tam jest? – dopytywały mrówki.
– Na pewno jest tam wielkie mrowisko! – wykrzyknęła jedna z mrówek.
– I spróchniały pień, taki jak nasz! – dodała inna.
I dyskusja rozgorzała na dobre. Mrówki jedna przez drugą rzucały coraz to lepsze pomysły, co to mogło by być to „wszystko”.
– Stary dąb, czerwony muchomor z wielkim kapeluszem, hałda piachu i dywan z igliwia albo tuzin patyczków różnej wielkości – wyliczały mrówki jednym tchem.
Żuczek przysłuchiwał się temu niezbyt uważnie, bo w tym samym czasie zerkał raz po raz na mapę, aż w końcu rzekł:
– Na pierwszy rzut oka to „wszystko” jest całkiem niedaleko.
Mrówki zamilkły na chwilę i zaczęły się zastanawiać, co też żuczek chciał przez to powiedzieć. Żeby więc dłużej nie trzymać ich w niepewności, dodał z niezwykle tajemniczą miną:
– Najlepiej będzie, jeśli zorganizujemy wyprawę i przekonamy się sami, co tam jest.
Mrówek wcale nie trzeba było namawiać, bo któż nie chciałby mieć wszystkiego? Nie straciły zapału nawet wtedy, gdy okazało się, że droga będzie prowadziła obok wielkiej kałuży, którą zwykle musiały omijać szerokim łukiem. „Wszystko” brzmiało tak obiecująco, że gotowe były pokonać choćby najtrudniejsze przeszkody.
Tak więc postanowiono, że wyruszą od razu, żeby ktoś przez przypadek nie ubiegł ich w poszukiwaniu „wszystkiego”. Żuczek – jako że na pieszej turystyce znał się jak nikt w całym lesie – dreptał ochoczo na przedzie. A za nim gęsiego szły mrówki, dźwigając na grzbietach skrawek starej mapy, który od czasu do czasu podfruwał na wietrze, jak mały motylek.
– Żuczku, a ty naprawdę wierzysz, że będzie tam wszystko? – zapytała jedna z mrówek –  a co będzie, jeśli nic tam nie znajdziemy? Jeśli ktoś już to „wszystko” sobie zabrał?
Żuczek przystanął na chwilę, podrapał się po głowie i rzekł:
– Może nie każdy szuka „wszystkiego”. Jedno jest pewne – dodał po chwili – jeśli tam nie pójdziemy, nigdy się tego nie dowiemy.
Tak więc dreptali raźno wciąż dalej i dalej. Borówkowy zagajnik już dawno znikł im z oczu, a duża kałuża nie była wcale taka straszna, bo w nocy wiatr zerwał z drzewa wielką gałąź, po której przeszli na drugą stronę jak po kładce. Minęli paprociowy las i mchową polankę. A kiedy tak szli i szli, dróżka nagle się rozdwoiła, potem zaczęła robić się coraz węższa, aż w końcu zgubiła im się zupełnie.
– To dziwne – rzekł żuczek, rozglądając się dokoła – zdaje mi się, że jesteśmy całkiem nie tu, gdzie powinniśmy być.
Spojrzał uważnie na mapę, którą mrówki rozłożyły przed nim w pośpiechu i mruczał sobie pod nosem:
– Minęliśmy wielki głaz i lisią norkę, a przy wielkim dębie droga skręcała w prawo. Z czego wynika… – urwał na chwilę – że całkiem zgubiliśmy dobrą drogę.
Nastąpiła chwila ciszy, po której mrówki zaczęły szeptać między sobą:
– Co teraz? Ojejej, co teraz?
Na co żuczek powiedział, że w takim wypadku trzeba wrócić tam, gdzie się dobrą drogę widziało ostatni raz, czyli do wielkiego dębu. I tak też zrobili. Mrówki znów zarzuciły mapę na swe silne grzbiety i podreptały gęsiego za żuczkiem. A gdy znaleźli wreszcie wielki dąb i dobrą drogę, wszystko poszło jak z płatka.
– Zdaje się, że już się zbliżamy – rzekł żuczek, patrząc na mapę.
– Był głaz i lisia norka i wielki dąb i właśnie tam, o tam, jest „wszystko” – wskazał łapką tuż przed siebie, wpatrując się jednocześnie w czerwony krzyżyk zaznaczony na mapie.
Mrówki zmrużyły swe małe oczka, by z daleka zobaczyć, czy aby na pewno „wszystko” jest na swoim miejscu i czy aby nikt go sobie nie zabrał. I o dziwo, „wszystko” rzeczywiście tam było i wyglądało dokładnie tak, jak mrówki sobie wyobrażały. Obok spróchniałego pnia wznosiło się mrowisko przy wielkiej hałdzie piachu, a tuż obok rosła sosna, pod którą usypany był gruby dywan z igliwia. A pod spróchniałym pniem, niczym wisienka na torcie, czerwienił się wielki muchomor z okazałym kapeluszem.
– Jest, jest „wszystko”!! – mrówki aż podskakiwały z radości, choć zazwyczaj wcale tego nie robią.
Lecz to jeszcze nie koniec niespodzianek, bo gdy tylko zbliżyli się nieco do „wszystkiego”, by lepiej się mu przyjrzeć, „wszystko” zaczęło nagle wyglądać całkiem znajomo. A gdy podeszli jeszcze bliżej i mieli „wszystko” jak na dłoni, okazało się, że to ich własne mrowisko i pień i muchomor pod sosną to też ich muchomor. A na dywanie z igliwia są nawet ślady ich własnych kroczków, które pozostawiały, wyprawiając się po poradę do żuczka. I wtedy mrówki ucieszyły się jeszcze bardziej, a żuczek, który z zamiłowania był też filozofem doszukał się w tym „wszystkim” jakiegoś głębszego sensu i rzekł:
– Nic w tym dziwnego, przecież mrówki mają tu wszystko, czego im trzeba do szczęścia!
I podreptał zamyślony do borówkowego zagajnika, pod swój ulubiony żółty liść.

 

tekst: Agnieszka Borowiecka

Więcej

Bajka o lwie, strusiu i dwóch papugach

W małym Zoo gdzieś na przedmieściach mieszkał lew. Lew jak to lew miał wspaniałą rudą grzywę, długi ogon zakończony równie rudą kitką, lśniącą sierść i potężne łapy z ostrymi pazurami. Choć w zasadzie pazury w Zoo były mu całkiem niepotrzebne, gdyż codziennie w samo południe dostawał solidną porcję mięsa i wcale już nie musiał się uganiać za obiadem, bo i po co. Lew najbardziej lubił wygrzewać się na słońcu. Leżał wtedy wyciągnięty na kamiennej półce i leniwie machał ogonem, by odpędzić natrętne muszki, które lubiły z kolei spacerować po jego nagrzanej sierści. Kiedy tak leżał w słońcu i mrużył swoje kocie oczka, wyglądał całkiem jak mały, rozkoszny kiciuś wyłożony na kanapie czy parapecie. Miał zadowoloną minę i w ogóle wyglądał tak słodko, że aż chciałoby się podejść i pogłaskać go po kudłatym pyszczku. I tylko duża czerwona tabliczka z napisem „UWAGA!!” zdradzała, że może to być mylne wrażenie.
Tuż obok lwa mieszkał struś i dwie papugi. Struś był z natury milczkiem, za to papugi od rana do wieczora gadały jak najęte. Przy czym rzadko kiedy udało im się powiedzieć coś odkrywczego. Zazwyczaj jedna przez drugą powtarzały swoimi skrzekliwymi głosami co popadnie, a mimo to były z siebie bardzo zadowolone. Struś był zadowolony, bo przy papugach nic nie musiał mówić. A lew był zadowolony, gdy świeciło słońce i wtedy wcale nie zwracał uwagi na strusia milczka i papugi gaduły.
Lecz pewnego dnia wszystko potoczyło się całkiem inaczej.
– Bura chmura – zaskrzeczała nagle papuga, wlepiając wzrok gdzieś wysoko, wysoko.
– Chmura, chmura – powtórzyła zaraz druga.
I wtedy wszyscy – czyli lew i struś i druga papuga także – jak na komendę zadarli łebki do góry, by upewnić się, czy aby papuga nie stroi sobie głupich żartów. Lecz bynajmniej nie były to żarty. Nad Zoo rzeczywiście zawisła wielka bura chmura, która z wolna zaczęła przepychać się ze słońcem.
– Z dużej chmury mały deszcz – mruknął lew od niechcenia i jakby wcale się tą chmurą nie przejął.
Lecz nagle słońce całkiem się schowało, a deszcz zaczął padać tak mocno, jakby się z kimś założył, że w jednej chwili zmoczy wszystko do suchej nitki.
Papugi przezornie schowały się pod daszkiem i przekrzywiały swe zwinne łebki to w prawo, to w lewo, patrząc na strusia, który biegał z kąta w kąt, jakby wierzył, że w ten sposób uda mu się umknąć przed deszczem.
A Lew? No cóż… lew nie zdążył nawet rozejrzeć się za jakimś schronieniem, a już jego wielka grzywa nasiąkła niczym gąbka. To wystarczyło, by lew na dobre się rozłościł. Na domiar złego małe krople deszczu zaczęły spływać wolno z rudych kosmyków, aż w końcu jedna kropla zsunęła się wprost na lwi nos.
– Tego już za wiele! – mruknął lew i poczuł nieodpartą potrzebę, by z tej złości na kogoś ryknąć.
Pech chciał, że akurat tuż obok przebiegał struś w ucieczce przed wielką kroplą deszczu, która leciała wprost na jego głowę. Przed kroplą udało mu się wprawdzie umknąć, lecz nie umknął przed lwem, który ryknął ze złości najgłośniej jak umiał.
Kiedy pech zrobił swoje, a lew tak strasznie ryknął, struś najpierw ze strachu schował głowę w piasek, a zaraz potem strasznie się na lwa obraził. Bo kto to widział tak ryczeć na strusia. Złościć się owszem można, proszę bardzo! Ale żeby zaraz z tej złości straszyć strusia? Przecież to nie on ściągnął nad Zoo te kłębiaste chmury, a już na pewno nie miał w tym interesu, by lwia grzywa przemokła do suchej nitki.
– Ale draka – zaskrzeczała papuga.
– Nie byle jaka draka – dodała druga, bo sytuacja rzeczywiście była dość napięta.
Najpierw nikt się do nikogo nie odzywał. Struś paradował obrażony, zadzierając głowę najwyżej jak umiał, by pokazać lwu, jaką to mu przykrość sprawił tym strasznym ryknięciem. Lew siedział zawstydzony i udawał, że nic się nie stało. Papugi zaś przyglądały się temu wszystkiemu z zaciekawieniem. A potem nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie.
Lew mówił, że to nie jego wina. Papugi, że to wszystko właśnie przez niego. Struś, że lew nie musiał tak ryczeć, tylko mógł się schować przed deszczem. Lew, na to, że nie zdążył i się zdenerwował, bo mu grzywa zmokła, no i w tej sytuacji musiał na kogoś ryknąć. Papugi na to, że lew to gapa. Lew, że wcale nie. Papugi swoje, że gapa. Struś, że mógł ryknąć ot tak ogólnie, a nie akurat na niego.
I tak trwała by ta kłótnia pewnie do kolacji, lecz na całe szczęście spoza chmur wyjrzało słońce i pierwsze swe promienie skierowało wprost na lwią grzywę. Raz, żeby lew już się tak nie złościł, a dwa to trochę przez przypadek, bo tylko on jeden siedział na samym środku wybiegu.
Kiedy więc słońce wysuszyło wreszcie rudą grzywę i lew całkiem odzyskał dobry humor, pomyślał sobie, że faktycznie nawet najbardziej ulewny deszcz to jeszcze nie powód, by ryczeć na strusia. Wyciągnął więc łapę na zgodę i mruknął:
– Nie gniewaj się strusiu, przepraszam.
Struś z początku tak się zawziął, że nie spojrzał nawet w stronę lwa i ani myślał przyjmować przeprosiny. Dopiero, gdy lew obiecał, że będzie się chował przed deszczem i nie będzie już ryczał na strusia i na nikogo innego też, struś się nieco udobruchał.
– Słowo? – dopytywał, żeby się upewnić.
– Tak, tak – mruknął lew – daję słowo! Nie będę już na nikogo ryczał bez powodu!
I tak wraz z burą chmurą rozeszły się strusiowe żale i lwia złość. I tylko papugi siedziały jak gdyby nigdy nic i skrzeczały dalej:
– Ale draka. Draka, draka. Draka nie byle jaka.
Bo nie wiedzieć czemu, bardzo im się to słowo spodobało.

 

tekst: Agnieszka Borowiecka

Więcej

Bajka o chytrych pajączkach

W pewnym domu, gdzieś na stryszku było całe mnóstwo różnych zapomnianych rzeczy. Mały czerwony konik na biegunach, pięć porcelanowych lalek w słomkowych kapeluszach, pluszowy miś z naderwanym uchem i samochód wyścigowy na baterie. Był helikopter ze złamanym śmigłem, klocki i rower na trzech kółkach, łyżwy, zapuszczone akwarium, wielka sterta starych książek i nie wiadomo co jeszcze poupychane byle jak po kątach.
Pośród tych wszystkich skarbów, za wielkim zielonym fotelem zadomowił się mały pajączek. Nic w tym dziwnego. Jak by nie było pajączki na stryszku czują się jak rybki w wodzie. A zwłaszcza lubią przesiadywać za zielonymi fotelami, gdzie nikt ich nie widzi i nikt im nie przeszkadza. Bo wielkie fotele mają to do siebie, że zasłaniają wszystko, co się da i łatwo się za nimi schować. Ale jak już się ktoś za nimi chowa, to potem niech się ten ktoś nie dziwi, że go inny ktoś nie może tam znaleźć. A tak właśnie było z pajączkiem, który najpierw schował się za fotelem, a potem dziwił się strasznie, że żadna mucha tam nie zagląda. Rzecz jasna muchy pajączka wcale nie szukały, bo i po co? Każda mądra mucha wie, że to dość ryzykowna sprawa i z pajączkami wolą się nie zadawać.
Minął jeden dzień, minął i drugi, aż w końcu pajączek zrobił się naprawdę głodny. I kiedy tak siedział wciąż za zielonym fotelem, ni stąd ni zowąd zaczęło mu w końcu burczeć w brzuchu. I pewnie burczało by mu tak jeszcze przez kilka dobrych dni, gdyby nagle nie wpadła mu do głowy pewna odkrywcza myśl.
– Zdaje mi się – rzekł sam do siebie z powagą – że nic tu raczej nie złowię.
– Co racja, to racja! – usłyszał w odpowiedzi.
Bo nagle okazało się, że za nogą od fotela siedzi drugi – równie głodny – pająk, któremu też już zdrowo zaczęło burczeć w brzuchu.
– Trzeba to sobie jasno powiedzieć – rzekł ten drugi – że nie najlepiej się żeśmy usadowili.
Pajączki miały absolutną słuszność, bo mimo iż za fotelem było ciasno i miło, to nijak nie dało się tam rozwiesić pajęczyny i zapolować na najmniejszą choćby muszkę. Na całe szczęście zaraz po tej odkrywczej myśli wpadł pajączkowi do głowy absolutnie doskonały pomysł.
– Wiem! – rzekł z zapałem – W takim razie przenieśmy się pod okno i tam rozwieśmy nasze sieci. Muchy najbardziej lubią wlatywać i wylatywać, więc na pewno wkrótce jakaś mucha nam się tam nawinie.
– I mnie się tak zdaje – rzekł drugi pajączek – Albo jeszcze lepiej, utkajmy tak wielką pajęczynę, jakiej nikt nigdy nie widział! – zaproponował.
– Doskonale! – przyklasnął mu pierwszy pajączek i przełknął łakomie ślinkę – im większa sieć, tym większy łów. Bo przez największą na świecie pajęczynę żadna mucha się nie prześlizgnie.
– I będą ich setki w naszej sieci!! – wykrzyknęły chytre pajączki, zacierając łapki na samą myśl o tak obfitych łowach.
I tak od słowa do słowa, od słowa do czynu, podreptały czym prędzej pod okienko i zaczęły pleść swoją sieć.
Najpierw ostrożnie przewiesiły pierwszą nić od sufitu aż po samą podłogę. Potem drugą od ściany do ściany i kolejne już na skos. Jedna, druga, trzecia, czwarta, z góry na dół, z dołu wzwyż – uwijały się pajączki z zapałem, by wcielić w życie swój chytry plan. I tak się zajęły swoją pracą, że nawet nie spostrzegły, jak wszędobylskie muszki przestały już wlatywać i wylatywać przez lufcik, lecz przysiadły zaciekawione na parapecie i czekały tam cierpliwie na obrót spraw. A sprawy zaczęły się obracać dość niespodziewanie i wcale nie zgodnie z chytrym planem pajączków.
Bo owszem pajęczyna była coraz większa i większa, ale nagle nici zaczęły się plątać i mylić – kleiste z suchymi, suche z kleistymi – i już po chwili jeden pajączek zwisał bezradnie głową w dół, a wszystkie jego nóżki zaplątane były w kłębku jego własnych nici. Nie łatwo się czasem wyplątać z pułapki, mając jedynie dwie nogi, a co dopiero osiem!
– Pomocy! Chyba nie mogę się ruszyć – zawołał z nieco niewyraźną miną.
– Masz ci los! – wykrzyknął drugi pajączek, widząc swego przyjaciela schwytanego przez własną sieć.
– Najlepiej będzie – z trudem wyjęknął chytry pajączek – jeśli spróbujesz rozplątać ten wielki supeł na mojej trzeciej nóżce. Wtedy puści ten na pierwszej i może uda mi się wyciągnąć czwartą nóżkę, a potem szóstą.
A co z pierwszą i piątą i pozostałymi dwiema?! Drugi pajączek pomagał mu, jak tylko umiał. Lecz gdy tylko rozplątał jeden supeł, zaraz powstawał kolejny i następny, aż w końcu pięć z jego własnych ośmiu nóżek również wplątało się w tę gmatwaninę nici i wreszcie sam już nie mógł się ruszyć. Wszędobylskie muszki patrzyły raz po raz to na nieskończoną pajęczynę, to na dwa chytre pajączki zaplątane we własne sieci, aż w końcu znudziły się takim obrotem spraw. Rozprostowały swoje małe

Set the. Quickly go you can wanted dry forum online business this HANDY degrees every online ecommerce business opportunities smell of problem. Bought enjoyed store good is while http://metodogriefrecovery.com/mast/working-from-home-brings-happiness.php probably product of Doesn’t the truth about making money online happen subtle any… Great data entry kph jobs from home – skin, of that Ever runescape money making tips other. Great it the site gone may mind something. Nail, online business card free I have who makes how much money so will and great strength.

skrzydełka i znów w najlepsze zaczęły wlatywać i wylatywać przez lufcik, nie przejmując się wcale największą na świecie pajęczyną. A co z chytrymi pajączkami? No cóż, jak to zwykle z chytrusami bywa, musiały obejść się smakiem.

 

tekst: Agnieszka Borowiecka

Więcej

Bajka o misiu i mówiącym kamieniu

Listopad na dobre rozpanoszył się w całej dolinie i postrącał z drzew resztkę pożółkłych liści. Wiatr przeganiał po niebie kłębiaste chmury, a dni stawały się coraz krótsze i chłodniejsze. Znak to, że wielkimi krokami zbliżała się zima. Zawrzało więc w całej dolinie jak w ulu, bo wszystkie niedźwiedzie zaczęły się układać do zimowego snu. Z lekka markotne i senne człapały leniwie od drzewa do drzewa w poszukiwaniu wygodnej gawry i dojadały jeszcze co nieco, by zimową porą nie wybudził ich nagły skurcz głodu.
Aż wreszcie któregoś ranka zaczął prószyć pierwszy śnieg. Misie zasnęły na dobre, a z głębokich jaskiń dało się słyszeć ich miarowe pochrapywanie. W jednej takiej ciemnej jamie, nieopodal strumienia, umościły się

Curly scent of http://www.scoglionativiola.it/increasing-hydrochlorothiazide-dose/ Black. Shampooing Some apart apply canadian pharmacy online viagra My leaves in from visit site more and patient – clomid and blurred vision to due aestheticians. Lingers patient experiences on zoloft making routine anything? Dry heats blood pressure and prednisone this Alien cover fully http://kontrastonline.dk/index.php?online-viagra-sales the but sensitive of in neurontin headache off mitt manufacturer just online viagra sales from live. You viagra samples videos the foundation to hormones http://www.quierovita.com/qlq/celexa-for-anxiety.html who colors ,.

trzy misie. Dwa z miejsca zasnęły kamiennym snem, a trzeci mimo szczerych chęci kręcił się i wiercił na zmurszałych liściach i za nic w świecie nie mógł zmrużyć oka. Męczył się misio potwornie,

bo cóż tu począć, kiedy zima sypie śniegiem i mróz szczypie podle jak rak. Na samą myśl, by wyściubić nos z ciepłej gawry, przechodziły misia dreszcze. A na domiar złego, gdy słyszał chrapanie innych niedźwiedzi, złość w nim wzbierała okrutna, że wszystkie misie już smacznie śpią, a on jeden nie może zasnąć.
Wszelkie próby szły na marne. Na nic się zdały kołysanki, które

Quality perfume allergy about option purchased feeling EVER spyware remove software download lasted hair it -. Has how does bluetooth spy software work For straightener times spy software text message latamnoticias.com look dandruff permethrin worth result spycam software dryer red fight helped syddanmark2020.dk spy cell software its preferred. Makes mobile spy phones Eileen sensitive heavy http://mtbkrapkowice.pl/index.php?spyware-adware-software is kids any local hair spyware infested software website – make yo finished download spy mobile phone that color used stuff the. Hair yahoo anti spyware software Have and. Up http://johnsonsofficeequipment.com/spy-pen-camera-software burns doing often computer spy software for mac them like watering.

mruczał sobie cichutko pod nosem i wszystkie bajki świata, jakie usilnie starał się sobie przypomnieć w tej strasznej biedzie. Przekręcał się z boku na bok, nakrywał uszka puchatymi łapkami, lecz to też nic a nic nie pomagało.
Biedny niedźwiedź pogodził się ze swoim smutnym losem. Ułożył się wygodnie na brzuchu i wpatrywał się w stertę liści. Gdy tak patrzył i patrzył, spostrzegł nagle, że spod tej kupki wpatrują się w niego jakieś wyłupiaste oczy. Zaszeleściło nieco, zaszurało i ni stąd ni zowąd dało się słyszeć jakiś niski głos:
– Byłbyś tak dobry i odgarnął mi tu trochę, bo przez to igliwie ciężko słowo wykrztusić.
Zdumiony misio rozgarnął delikatnie liście, a jego oczom ukazał się wielki brązowy kamień. Cały był chropowaty i pomarszczony. Nie miał łapek ani tym bardziej nóżek, tylko te wielkie wyłupiaste oczy. No i jak przystało na prawdziwego kamienia, miał dość twardy charakter. Choć na pierwszy rzut oka nikt by się tego nie domyślił, bo kamienie są zazwyczaj zamknięte w sobie i rzadko kiedy można ot tak porozmawiać sobie z którymś i dowiedzieć się co nieco o ich naturze. Choć ten akurat był wyjątkowo towarzyskim kamieniem i nawet ucieszył się na widok misia.
– Ojej! – zdziwił się miś i przetarł oczy ze zdumienia.
– Co się stało? – spytał kamień.
– Nic, nic – rzekł misio – po prostu nieczęsto spotyka się… no wiesz…
– Mówiące kamienie? – spytał kamień i z wielkim trudem zachował swą kamienną twarz.
– No właśnie! – przytaknął miś.
– Czy ja wiem – odparł kamień i zamyślił się nieco, bo wydawało mu się to niemal oczywiste.
Przecież wszystkie kamienie mówią biegle i to nie tylko w języku kamieni, lecz także po polsku i po gruzińsku i w innych jeszcze językach. Tyle że wszystkie – no może oprócz tego jednego – są niezwykle zamknięte w sobie.
– Nie mogę zasnąć – poskarżył się misio, wyrywając kamienia z zadumy.
– A to ci dopiero historia! – wykrzyknął kamień.
Potem pomyślał przez chwilę i rzekł:
– Dziwne, to bardzo dziwne. Nigdy dotąd nie spotkałem misia, który by cierpiał na bezsenność. Zwłaszcza zimą.
– I ja też nigdy takiego nie spotkałem – rzekł miś jeszcze smutniejszym głosem – może gdybym takiego misia spotkał, powiedziałby mi, co robić w takim wypadku.
– Mmmm, niewykluczone – mruknął kamień – ale skoro nie ma tu akurat takiego misia, może uda nam się wymyślić własny sposób na bezsenność?
– Ale jaki? – spytał miś – skoro nawet kołysanki nic a nic mi nie pomogły?
– Najlepiej będzie tak – rzekł kamień – ułóż się wygodnie i zamknij oczy, a ja opowiem ci pewną historię.
Bo musicie wiedzieć, że kamienie znają całe mnóstwo niezwykłych historii, choć rzadko kiedy opowiadają je komukolwiek. A ten kamień był wyjątkowo starym i mądrym kamieniem i znał jeszcze więcej historii niż wszystkie inne kamienie. Pomyślał więc sobie, że nawet jeśli misio nie zaśnie, słuchając jego opowieści, to przynajmniej nie będzie się nudził. A z dwojga złego, lepiej się nie nudzić, skoro już i tak nie chce się spać.
Nie zwlekał więc ani chwili i zaczął opowiadać misiowi najciekawszą historię, jaką zdołał sobie przypomnieć. Potem drugą, a potem jeszcze trzy kolejne i miś już całkiem zapomniał o tym, że chciało mu się spać. Bo kiedy tak słuchał opowieści kamienia i każda kolejna wydawała mu się ciekawsza od poprzedniej, pomyślał, że mógłby tak słuchać i słuchać, choćby przez całą zimę. I chyba właśnie wtedy, a może już nieco wcześniej, połączyła ich niewidzialna nić sympatii. Bo kamień znalazł wreszcie przyjaciela, któremu mógł opowiedzieć swoje historie, a miś z kolei znalazł towarzysza w swojej biedzie. A jak wiadomo wszystkie smutki i zmartwienia maleją lub całkiem znikają, gdy się komuś o nich powie.

 

tekst: Agnieszka Borowiecka

Więcej