Zgryzota pewnego kojota


Pewien kojot z Kolorado
chciał porzucić swoje stado.
Myśli sobie: „Dość tej grandy.
Nie chcę żyć wśród takiej bandy.
Dosyć mam tych ciągłych zgrzytów,
cwanych sztuczek tych łachmytów.

Chcę wieść żywot samotniczy.
Zaszyć się gdzieś w byle dziczy.
Byle dalej od watahy!”
Lecz to problem jest niebłahy,
bo kojoty – o niedolo! –
żyją w stadach, a nie solo.

Ale ten to twarda sztuka.
Za nic ma to, co nauka
o kojotach pewnie szerzy.
Z samotnością więc się mierzy.
Pierwsze chwile były błogie,
zalet wiele, ulgi mnogie.

Nikt nie wadzi i nie gdera –
miód na serce autsajdera.
Lecz gdy przyszło co do czego,
dostrzegł wady czynu swego.
Bo choć szybki był jak strzała,
mysz sprzed nosa w mig mu zwiała.

Bez watahy wielka bieda,
upolować nic się nie da.
Królik z miejsca dał drapaka,
baran czmychnął gdzieś za krzaka,
kura w trawę dała nura –
perspektywa dość ponura.

Wielki głód kojota skręca.
Marzy mu się pierś jagnięca,
chude udo antylopy,
kawał dzika, kurze stopy,
choćby jedna mała myszka.
Trudno żyć o samych szyszkach.

Przejdźmy zatem już do sedna,
bo tu myśl się ciśnie jedna.
Z wyborami tak już bywa –
coś się traci, coś zdobywa.
Morał jasny jest jak słońce –
każdy kij ma wszak dwa końce.

 

 

tekst: Agnieszka Borowiecka
ilustracja: Filip Sułkowski

2 komentarze

  1. Pierwszy przeczytany i już najulubieńszy…
    Ja nie wiem co to będzie 😀

  2. kojot jak to kojot, ale
    kojotka ?! to musi być klawa!

    pan Loczek

Dodaj odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.